jest problem / olaszkocentrycznie

co się dzieje w mojej głowie, kiedy ktoś żartuje z grubych ludzi (strumień świadomości)

Stoję wczoraj na minidomóweczce i słucham opowieści przyjaciółki o głupim chłopaku, który w podstawówce ciągnął ją za kucyk. Opowieść kończy się słowami: “No, ale teraz jest gruby i łysy, więc… HA!” (triumfalny chichot). “Wygrałaś!” – odpowiada ze śmiechem druga przyjaciółka. Na pewno mówią to dla beki, na pewno jest kontekst. Problem w tym, że nie umiem tego trafnie ocenić, bo krew uderza mi do mózgu. Jest mi tak kurewsko wstyd. Czy ktoś jeszcze to usłyszał? A mogłam iść zrobić siku. Co za niefart, że akurat stoję na tym balkonie, ewidentnie gruba. I łysa też, bo jak miałam 15 lat wypadły mi włosy z czubka głowy i nic nie nakłoniło ich do powrotu, nawet mój pobyt w szpitalu. Nie pomaga fakt, że właśnie wpycham sobie do gęby garść paprykowych chiochipsów, bo pierwszy raz od miesięcy pozwoliłam sobie na bezsprzecznie ohydne, zapychające tętnice żarcie. I – co za tym idzie – na niezbyt przyjemne, a jednak luksusowe uczucie przejedzenia. Moje zaburzenia odżywiania od marca siedzą cicho, więc czuję, że mogę. A raczej c z u ł a m, bo teraz jestem skupiona na konfrontowaniu się z rzeczywistością. To musiała być beka, bo rozmowa toczy się między kobietami, które  j a r z ą. Takimi, które wiedzą co to znaczy być redukowaną do (aspektów) własnej cielesności i aktywnie pokazują temu środkowy palec. Tyle, że intencja  jest z mojej perspektywy drugorzędna, bo z doświadczenia wiem, że to jest po prostu jedna z tych rzeczy, które ludzie mówią bezwiednie, bez zastanowienia. Nie myśląc. Przypominam sobie jak znajoma (ceniona psycholożka, żeby było zabawniej) opisała kogoś słowami “nic nie jest z nim nie tak: nie jest brudny, nie jest gruby, nie śmierdzi”. Gdybym była taką kobietą, którą chcę być, powiedziałabym jej wtedy: “właśnie zasugerowałaś osobie noszącej rozmiar XXL, że jej ciało ma taki sam status jak takie, od którego wali łojem, potem, szczynami i syfem. The fuck?” Z drugiej strony jednak, nie mam żadnej satysfakcji z wprowadzania ludzi w zakłopotanie. Nie chcę zawstydzać kogoś, o kim wiem, że ma mądrą głowę i dobre serce. Kogoś, kto nie miał nic złego na myśli. Zresztą wcale nie chodzi tu o inne osoby, tylko o mnie. Czy ja, używając w stosunku do siebie takich przymiotników jak “ładna” i “atrakcyjna”, zaklinam tylko rzeczywistość? Czy moja afirmacja własnego ciała to tylko pobożne życzenie? Boję się, że jestem jakąś odklejoną typiarą, która chodzi po świecie i mówi “ale jest super, czuję się zdrowa i piękna!” a ludzie odpowiadają: “i tak trzymaj, dziewczyno!”, ale w duchu obiecują sobie, że nigdy “nie doprowadzą się do takiego stanu” jak ja. Ostatnio rozmawiałam o tym z kumplem z Indii, który przerwał mi zniecierpliwiony, mówiąc: “ale nie bardzo rozumiem o co ci chodzi, bo dla mnie wyglądasz normalnie”. Wiem, że są kultury, w których to co miłe w dotyku, jest też miłe dla oka, ale chyba nie tutaj. Tutaj “spasł się” to synonim życiowej porażki. Jak człowiek przytyje to mówi się, że się “zaniedbał”. Dzieci wpieprzające wypchane chemią batony straszy się grubością, nie rakiem. Czy są więc realne szanse, że ktokolwiek oprócz mnie spojrzy na mnie kiedyś i nie pomyśli „ale ładna kobieta!”, a nie „byłaby ładna, gdyby schudła?”

Tak mnie strapiły te myśli, że ze strachu od rana nic nie zjadłam.

Polski strachu przed tłuszczem! Czy jest na ciebie jakieś lekarstwo?

Reklamy

3 thoughts on “co się dzieje w mojej głowie, kiedy ktoś żartuje z grubych ludzi (strumień świadomości)

  1. Czesc! Jestem typem osoby, opisanej przez ciebie w tekscie. Mam sie za madra, zyczliwa i ostatnia rzecz, ktorej bym chciala to urazenie kogos. Nie przeszkadza mi to jednak rzucaniem na lewo i prawo tekstow typu: maly, gruby i lysy czy ale sie spasla, w kontekscie takim jak powyzej. Wytlumaczenie jest proste, nigdy nie mialam problemow z waga i takie epitety przychodza mi niezwykle latwo, nie sa nacechowane emocjami. Z drugiej strony od 14 roku zycia mam problemy z tradzikiem. Wieloletnie leczenie, starania, blizny, przebarwienia i twarz, ktorej wyglad nie raz doprowadzil mnie do lez, a nawet na skraj depresji. Mysle, ze znam ta paranoje i palace uczucie gdy w towarzystwie slyszalo sie „krzywa i pryszczata” czy „mily, ale niedobrze mi sie robi patrząc na ten pizzaface”. Mialam ochote zapasc sie pod ziemie, nerwowo rozgladalam czy nikt na pewno na mnie nie patrzy-czysta paranoja. Z jednej strony wiem jak to boli, z drugiej staram sie po prostu wykrzesac troche empatii dla ludzi, dla ktorych na prawde moja twarz znaczy tyle, co zeszloroczny snieg. Ktorzy mowiac to przy mnie, nie polacza nawet faktow, bo jestem po prostu fajna kumpela, a nie „ta pryszczata”. Nie odkryje Ameryki mowiac, ze to cale zlo czai sie po prostu w naszych glowach, a ukladanie sobie tego, to po trochu misja, a po trochu przygoda :)

    Polubione przez 1 osoba

  2. Oj jak ja to dobrze znam! Przez wiekszosc zycia bylam otyla, ponad 100 kg. Zawsze myslalam ze jestem za gruba na wszystko…na szczescie, na chlopaka, na sukces w zyciu, nawet na to zebym grac w tenisa…(lista jest niekonczaca sie). Wyjechalam do..uwaga..Indii! Schudlam 30kg, zycie nabralo troche innych perspektyw. To prawda, kazda kultura ma swoj kanon piekna. Jak ogladam tutejsze filmy i aktorki ktorym brzuchy powiewaja w tancu mysle sobie ze bylyby zmiazdzone krytyka w Polsce. Pewnie by tak bylo…ja tez bylam miazdzona wzrokiem przez wiekszosc ludzi przez wieksza czesc zycia. Na studiach w UK odzylam, nagle waga przestala mnie definiowac, w Indiach moj przyszly maz zakochal sie w kobiecie wazacej 103kg. Teraz swoja droga narzeka ze schudlam i wolalby zebym przytyla. ;) Teraz jak przylatuje do PL raz na rok to widze ze czasami ktos sie za mna obejrzy. Mysle sobie ze sorry panowie, byla kiedys dla Was szansa ale zaden sie nie pofatygowal bo widzieliscie mnie przez pryzmat mojej tuszy. Mam srednie wspomnienia z mojego poprzedniego zycia, ciesze sie ze wszytko sie obrocilo na moja korzysc. :) I to nie przez fakt ze schudlam tylko ze zmienilam srodowisko.

    Polubione przez 1 osoba

  3. Byłam tą szczupłą, tą atrakcyjną. Faceci się za mną oglądali, „ślinili” na mój widok… Kosztowało mnie to wiele wyrzeczeń, diety, ciągłego pilnowania się… Przyszły gorsze czasy, trudne rozstanie, choroba i śmierć w rodzinie. Przestałam mieć czas, a przede wszystkim chęć na ciągłe dbanie o sylwetkę. Przytyłam 20 kg. Dużo? Dużo! I co? Czy chuda byłam bardziej szczęśliwa? NIE! Czy byłam zdrowsza? Też nie (świadczą o tym wyniki badań, które robię regularnie). Dopiero teraz, jako „grubaska” zaczęłam chodzić na siłownię i naprawdę cieszyć się sportem. Bez spiny i narzekania. Patrzę na siebie w lustrze i widzę za duży brzuch i galante uda, ale też widzę atrakcyjną babkę. Patrzę na siebie i myślę „Ależ Ty dziewczyno jesteś ładna!” ;) Czy to moje pobożne życzenia? Chyba nie, bo często słyszę „jesteś piękna”, „świetnie dziś wyglądasz” i to nie tylko od mojego faceta, ale od znajomych i kolegów z pracy. A faceci jak się oglądali, tak nadal się oglądają ;)

    Polubienie

skomentuj!

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s