all over the place / and how's your love life? / olaszkocentrycznie

chłopak z innego świata, część ostatnia

Czemu ja nie ryczę? Przecież jestem dumną beksą. Nie ufam ludziom, którzy nie płaczą, bo z tym niepłakaniem jest tak, że najpierw fajnie, fajnie a potem nagle już nie możesz i wychodzisz na miasto z maczetą. Niewielu rzeczy w życiu boję się tak jak tego, że się zakorkuję, a koło sześćdziesiątki dopadnie mnie upiorne drżenie rąk i będę musiała stabilizować się chemicznie i wydawać trzy czwarte swojej nieistniejącej emerytury na psychiatrę, który będzie kasował miliony, ryjąc się w duchu, że głupia jakaś, że dopiero na starość dba o głowę. Wiadomo, że tak czy siak nie będzie mi lekko – na bank będę chodzić zgięta w pół, dociążona całą tą niezużytą miłością, której nikt ode mnie nie chce. Ale częścią tego brzemienia nie będzie kolejna jazda z toksycznym typem. Nie ma mowy! Chcę teraz uronić parę łez i mieć z bani.

Taksówka jest już prawie pod moim blokiem, a moje oczy są nadal suche jak polskie poczucie humoru. Jest to o tyle podejrzane, że zwykle niewiele mi trzeba, a teraz oprócz doskonałych wspomagaczy (noc, świąteczne światełka, rzewna ballada w głośnikach i taksówkarz, który siedemnasty raz w ciągu dziesięciu minut podkreśla, że strasznie kocha swoją żonę) mam jeszcze realny powód do płaczu. Pierwszy od sześciu lat chłopak, którego po cichutku – ostrożnie, a jednak zbyt pochopnie – ośmieliłam się nazwać moim, kwadrans temu rzucił mi ostatnie, pełne obrzydzenia spojrzenie i odmaszerował, zostawiając mnie na mrozie. I to tuż po tym, jak rzuciłam się za nim w typowy dla siebie rozpaczliwy pościg. Jako wydolna emocjonalnie osoba powinnam teraz rzewnie opłakiwać tę solidną dawkę rozczarowania i upokorzenia. Łzy nie przychodzą, więc coś musi być na rzeczy. Myślę i myślę, aż w końcu dochodzę do wniosku, że ja po prostu niewiele o sobie wiem. Brzmi jak Jacek Cygan, ale to prawda. Biegnąc za typem jak oszalała przeraziłam się, że znowu gdzieś mi wyparował instynkt samozachowawczy. I godność, i rozum, i wszystko.  Że wróciłam do punktu wyjścia. Ale chyba siebie nie doceniam. W punkcie wyjścia (czyli pół roku temu, zanim obrałam azymut na Gestalt), wrosłabym w chodnik i łykając łzy katowała się przeglądaniem jego zdjęć aż do świtu, a rano znaleźliby mnie martwą z wyziębienia jak w makabrycznej bajce Andersena. Teraz zrobiłam to, na co nigdy wcześniej bym się nie zdobyła – wściekłam się (hurra!) i bez wahania wypieprzyłam go ze znajomych, żeby rano nie móc sobie włączyć narracji z gatunku “a może jednak da się jeszcze z tego wybrnąć”. Okazuje się, że wbrew pozorom mam gdzieś jakieś granice, a on je znalazł i przekroczył. Ten brak łez nie bierze się ze stuporu. To nie jest tak, że się straumatyzowałam, przyblokowałam i nic nie czuję, więc nie mogę się rozryczeć. Przeciwnie –  czuję mnóstwo rzeczy: rozczarowanie i gniew, ale przede wszystkim ulgę. Trochę jak zdradzana kobieta, która co rusz znajduje tu obcy włos, tam obcy błyszczyk i w sumie cieszy się gdy w końcu nakrywa swojego faceta z inną, bo przynajmniej ma dowód, że nie jest, kurde, przewlekłą paranoiczką. Ja, niczym na włosy i błyszczyki, natykałam się na sygnały sugerujące, że daleko mu do szczerego złota za które się w swoich barokowych monologach podawał. Ale nie miałam powodu, żeby mu nie ufać. Nie da się tak żyć, że non-stop chodzisz i podejrzewasz, że osoba, którą darzysz uczuciem jest sadystyczną łajzą. Równie dobrze mogłabym łazić i pytać “ej sorry, czy ja mogę oszaleć?”

Pamiętam samiutki początek naszej znajomości. Siedziałam u pani od głowy i opanowanym, aksamitnym tonem osoby, która wreszcie ma to całe życiowe gówno pod kontrolą wyznałam, że chyba pierwszy raz trafiłam na kogoś, kto jest dla mnie naprawdę dobry. Pamiętam jak we wzruszeniu położyłam dłoń na klatce piersiowej (niczym postać z pretensjonalnego filmu o miłości) i trochę speszona wymamrotałam, że wreszcie jestem gotowa ten rodzaj uwagi przyjąć i dowiedzieć się jak to jest, kiedy ktoś o mnie dba. Pamiętam też swoją późniejszą dezorientację kiedy miłe słowa i gesty zaczęły ustępować miejsca drwinom i przytykom. Przestraszyłam się wtedy, że jest jedną z tych strasznych osób, które najbardziej jadowitą krytykę zachowują dla najbliższych. Słuchałam tych jego marnych żartów i mimowolnie wyobrażałam go sobie za dwadzieścia lat, jako jednego z tych obleśnych kolesi, którzy flirtują z kelnerkami, a potem patrzą na swoje żony i jadą z tekstem “Grażyna też kiedyś miała cycki tam gdzie pani, he he”. Tak w ramach toksycznej logiki z gatunku “jesteś całym moim światem, więc ci dosram”. Przez chwilę próbowałam wymusić (paradne!) na nim serdeczność, która tak szybko ulotniła się z jego zachowania. Ostatecznie przywołałam się jednak do porządku, obwiniając własne przewrażliwienie. Myślałam: “błagam, weź się uspokój, bo przez te urojenia wszystko się wykolei i znowu pęknie ci serce.” Teraz wiem, że miałam prawidłową intuicję. Jeśli nie umiał nie być złośliwy kiedy go uszczęśliwiałam, to trudno żeby nie stał się okrutny kiedy przestałam.

Mogłabym nad tym wszystkim rozmyślać do końca życia, ale po co? Konkluzja jest oczywista. Świat dzieli się na te osoby, które nie potrafią potraktować drugiego człowieka jak śmiecia i te, którym przychodzi to równie bezrefleksyjnie co poranne siku. On należy do tej drugiej grupy, więc zatrzymywanie go w moim życiu (nie mówiąc o obdarzaniu miłością) to debilny pomysł. Kładąc się do łóżka piszę mu wiadomość: “Dzięki za ten popisowy odmarsz z pogardą na twarzy. Łatwo mi będzie teraz z ciebie zrezygnować. Napisz proszę kiedy mogę odzyskać swoje rzeczy”. Odpływam już w płyciutki sen, kiedy dostaję wiadomość:

On: “Przyjedź po nie kiedy chcesz”

Wyobrażam sobie jak wsiadam w dziesiątkę i eee… sorry, ale nie.

Ja: “Chyba nie jestem w stanie jechać do ciebie. Wolałabym spotkać się na neutralnym gruncie, jeśli to nie problem”

On: “Twoje rzeczy są tu, gdzie je zostawiłaś i stąd będziesz musiała je zabrać”

Ja: “Wiem, że spotkania w połowie drogi to nie twój klimat, ale czy nie mógłbyś po prostu zostawić tych rzeczy w dogodnym dla ciebie miejscu, a ja bym je odebrała? Zależy mi na tym, żeby szybko i bezboleśnie zamknąć temat”

On: “Z jakiegoś powodu postanowiłaś zostawić swoje rzeczy tutaj, więc po nie przyjedziesz. Nie zamierzam nic nigdzie tachać”

Ja: “Z jakiegoś powodu? Nie mówię tylko o tej świątecznej torbie z wczoraj. Mam na myśli wszystkie swoje manele, które są u ciebie, bo w ostatnich tygodniach spędzałam tam pół życia”

On: “Przecież mówiłaś kiedyś, że nie jesteś do nich przywiązana i  że jak zaczną mi przeszkadzać to mogę je wypieprzyć. Ale OK, powtarzam: przyjedź po to badziewie jak będziesz gotowa.”

Ja: “Spoko, wypieprz wszystko co zalega. Chciałabym móc powiedzieć to samo o prezentach, ale są od mojej mamy. Nie mam siły już się z tobą kłócić. Wyznacz dzień – przyjadę”.

Ta prowadząca donikąd wymiana zajmuje nam trzy godziny. Kiedy ostatni raz klikam “wyślij”, dochodzi szósta rano. Cała Warszawa zaraz wstanie, żeby żreć pasztety i pogwizdywać “Przybieżeli do Betlejem”, a ja kładę się spać ze złamanym sercem i szumem w głowie, który zwiastuje kaca. Czy to śmieszne? Gdyby parę lat temu ktoś opowiedział mi historię jak ta, przewróciłabym oczami myśląc: “bez przesady, skąd takie stężenie dramatu, przecież byliście w swoich życiach przez pięć sekund i to jedną nogą”. Teraz wiem, że najkrótsze relacje kończą się najboleśniej. Długotrwałe związki, o ile nie zabije ich jakiś nagły, zwyrolski incydent, zazwyczaj dogorywają miesiącami i kończą się kiedy wszystko już zostało przewałkowane sto tysięcy razy w głowie i w mowie, a uczucia zdążyły ostygnąć, a nawet pokryć się warstwą kurzu. Jak przychodzi co do czego, musisz się wprawdzie wyplątać spod niezliczonych warstw wspólnego życia i sprostać dziesiątkom logistycznych wyzwań, ale przynajmniej robisz to w atmosferze względnego pogodzenia z rzeczywistością. Najczęściej też czujesz, że na serio nie było innej drogi, a sam fakt, że nie wytrwaliście do grobowej deski nie znaczy, że to co między wami zaistniało nie było prawdziwe i wartościowe. Rozstania w szczytowej fazie zakochania to zupełnie inny poziom wstrząsu. Jesteś na tym etapie, że sam zapach tej drugiej osoby jest w stanie przenieść cię do innej rzeczywistości, dźwięk nowej wiadomości w telefonie sprawia, że twój żołądek robi potrójny piruet, a co druga twarz w tłumie wygląda jak ta ukochana. I weź nagle wytłumacz sobie, że ten człowiek działa na ciebie i twoje życie jak tsunami i powinien jak najprędzej zmienić się w odległe wspomnienie. Gdyby ktoś zapytał mnie teraz dyskretnie czy po cichutku, głęboko w duszy, nie chciałabym nadal z nim być, odpowiedziałabym że nie, nie, i jeszcze raz nie. Ale to nie znaczy, że to co myślę, zdążyło się już zestroić z tym, co czuję. Ciągle mam wrażenie, że to wszystko głupie żarty i że on nadal jest tym facetem, który wstawał godzinę przed budzikiem, żeby zrobić mi masaż – tylko teraz nagle oszalał, no i co zrobisz. Czytam te wstrętne wiadomości od niego i nie umiem go jeszcze nienawidzić. Chyba trudno się temu dziwić. Wyobraź sobie, że spokojnie idziesz sobie przez życie, a tu nagle pod nos wjeżdża ci wielki kawał obłędnego tortu czekoladowego. Bierzesz jeden kęs, zmysły zaczynają wariować ze szczęścia i już masz wykrzyknąć “ten tort to najlepsze, co mnie w życiu spotkało!”, kiedy nagle budzisz się w oparach rzygowin, obolała klęcząc nad sedesem. Pewnie przyjdzie taki moment kiedy pomyślisz “och, ty wstrętna, zdradliwa czekoladowa brejo, nigdy już cię nie zjem”, ale w tej chwili najbardziej wyrafinowana myśl na jaką cię stać to “eee? ale jak to?”

Budzę się parę minut po siódmej, wyczerpana. Nie bez rozbawienia odkrywam, że przez trzy kwadranse nerwowego snu moja głowa zdążyła się konkretnie poprzestawiać. W nocy byłam w trybie chłodnej kurtuazji. Zależało mi tylko na tym by zachować godność, odzyskać rzeczy i jak najszybciej mieć ten żałosny epizod za sobą. Rano mam już inne potrzeby. Ciążą mi te niewypowiedziane słowa i potrzebuję zrobić sobie werbalny detoks. Nie podoba mi się taka wersja historii, w której on znika z mojego życia bez ani jednego przepraszam, a co gorsza bez świadomości, że cokolwiek zrobił źle. Jednocześnie nie jestem pewna czy pożegnalny gorzki monolog to dobry pomysł. Wszyscy wiedzą, że jak nie umiesz zamknąć się na jakiś temat to znaczy, że ci zależy. Już mam podjąć uczciwą próbę skupienia się na czymkolwiek innym kiedy widzę wiadomość, którą wysłał mi gdy już spałam (“nie chcesz się kłócić? to przestań stukać w klawiaturę”) i zirytowana postanawiam, że nie ma bata – wysłucha co mam do powiedzenia, bo akurat mam taki kaprys sobie pogadać. Po pięciu minutach gorączkowego spisywania myśli mam zadyszkę, ale też wielkie, tłuste poczucie ulgi.

“Przysięgam, że nie wyrobię z tobą. Co tu się, kurwa, wydarzyło? Myślę, że czułabym się teraz dobrze gdybyśmy spotkali się w Wigilię, odbębnili pięć minut uczciwej, ludzkiej interakcji poza internetem, przytulili się i rozeszli w pokoju. Byłabym równie zadowolona, gdybyśmy uznali, że nasz układ trwa, ale ma datę ważności, czyli bujamy się do lutego i robimy fajne rzeczy bez wybiegania w przyszłość. Nie chciałam wymuszać na tobie żadnego z tych rozwiązań, więc czekałam na twój ruch. Było milion rzeczy, które mogłeś zrobić, a ty postanowiłeś mnie pocałować. I spędzić ze mną cały wieczór na chichraniu się i gadaniu. I odprowadzić mnie do metra, półżartem rozpaczając, że cię zostawiam. I trzymać mnie za rękę. I w ogóle zachowywać się jakbyś za mną szalał. Więc najmocniej przepraszam, że byłam skołowana, kiedy następnego dnia nagle ci się odwidziało. Nie czuję, żeby to było zupełnie nieuzasadnione, że rozpromieniłam się na twój widok w Planie B. Ani że pogubiłam się kiedy nagle okazało się, że spędzanie ze mną czasu to ostatnia rzecz na którą masz ochotę. To naprawdę nie jest moja wina, że odczytujesz troskę jako zaborczość. Ani że odczuwasz dyskomfort kiedy komuś ewidentnie na tobie zależy. Ani że nie masz najmniejszego oporu w stawianiu mi psychologicznych diagnoz, a nie dostrzegasz jak toksyczne potrafią być twoje własne wibry. Irytują cię miny, które robię, pytania, które zadaję i to, że w ogóle chcę rozmawiać. Więc zamykasz się w sobie i odsuwasz się ode mnie na taką odległość, że nagle okrucieństwo nie wymaga żadnego wysiłku. Mam po dziurki w nosie tej aury wyższości, którą roztaczasz. Nie rozumiem dlaczego zachowujesz się tak jakby brak zaangażowania był powodem do dumy i pastwisz się nade mną kiedy okazuję emocje. To, że umiesz wyciszyć swoje uczucia nie daje ci prawa, by puszczać mi lodowate spojrzenia i pogardliwym tonem nakazywać mi się “ogarnąć”. Więc dość już. W tym momencie oficjalnie przestaję uparcie myśleć o tobie jak o dobrym człowieku tylko dlatego, że parę tygodni temu zająłeś się mną kiedy rozpierdoliłam sobie kolana i sprawiłeś, że na chwilę poczułam bezpieczna. Bo okazuje się, że jeśli tylko chcesz, to potrafisz być zimnym, wyrachowanym i oceniającym skurwielem. Byłeś jedną z garstki osób, której powiedziałam o moich problemach ze zdrowiem i nawet nie zadałeś sobie trudu, żeby zapytać czy jakoś daję radę. Więc w sumie nie wiem czemu miałam nadzieję, że moje samopoczucie choć przez sekundę będzie dla ciebie ważniejsze niż spokój umysłu. Jestem wściekła na siebie, że znowu zaangażowałam się w kogoś, kto zdaje się nie dostrzegać, że mam jakąkolwiek wartość. A do ciebie mam żal o to, że na każdym kroku wytykałeś mi wszystkie wady i traktowałeś je jak pieprzoną zbrodnię. Niezależnie od stopnia twojej irytacji, zachowałeś się niewybaczalnie zostawiając mnie wczoraj na ulicy i nie dając mi dojść do słowa. Niczym sobie nie zasłużyłam na takie traktowanie. Zrozum więc proszę, że w tym momencie wizja przebywania z tobą sam na sam na dwudziestu metrach kwadratowych sprawia, że chce mi się rzygać z zażenowania i gniewu. Nie mam najmniejszej ochoty oglądać twojej twarzy, nie mówiąc już o wracaniu do twojego mieszkania, które pachnie tobą i szczęściem, które przez chwilę czuliśmy. Proszę miej więc na tyle zasranej przyzwoitości, żeby umówić się ze mną w miejscu publicznym albo odstawić moje graty do pierwszej z brzegu kawiarni żebyśmy mogli uniknąć spotkania. Nie mogę uwierzyć, że właśnie napisałam cały pierdolony esej, żebyś rozważył czy warto zaoszczędzić mi trochę bólu i smutku. Bo to, że ty gówno czujesz nie znaczy, że ja mam albo powinnam mieć tak samo.”

Wciskam enter i wysyłam to sto procent mojej prawdy w cyberprzestrzeń. Pojechałam va banque, bo pokazałam jak bardzo mnie zawiódł i jak mnie to wszystko przeczołgało, ale jeśli dzięki temu uniknę wyprawy na Wolę, to było warto. Nie mam nawet czasu zastanowić się co bym chciała teraz od niego usłyszeć, bo od razu dostaję odpowiedź.

“Nigdzie się nie wybieram w tym tygodniu. Zresztą dobrze wiedziałaś co robisz, kiedy zostawiałaś tu swoje klamoty. Cały czas chodzisz po mieście obładowana i nie masz z tym problemu. Jedna torba z prezentami nie zrobiłaby ci różnicy. Dla twojej wiadomości, nie mam aury wyższości, tylko niską tolerancję na ściemy. Zamiast zabrać swoje rzeczy ze sobą i zapytać mnie następnego dnia czy moglibyśmy się spotkać, zostawiłaś je u mnie, żeby mieć po co wracać. Udało się – masz po co wracać. Przyjedź po to swoje graty.”

Wybucham śmiechem.

“Nie mogę się zdecydować czy jesteś sadystą czy tak bardzo chcesz zobaczyć moją buzię. Rozczula mnie teoria spiskowa z obszczywaniem terenu, ale zapominasz, że nie jestem strategiem, jak ty. Zostawiłam swoje prezenty u ciebie, bo wydało mi się to lepszą opcją niż jechanie do Planu B z ciężkim, lamerskim torbiszczem w reniferki. Nie spodziewałam się zresztą, że już następnego dnia przefruniesz na przeciwległy biegun i przełączysz się z trybu “jak będziemy mieć osiemdziesiąt lat, to…” na “mam na ciebie wysrane”. Jeśli czułeś, że to głupi pomysł, żebym porzucała u ciebie moje klamoty, trzeba było po prostu mi to powiedzieć. Specjalnie pytałam czy masz coś przeciwko – odpowiedziałeś, że nie. Problem z tobą jest taki, że w ogóle gówno mówisz. Wolisz siedzieć cicho, analizować każdy mój ruch i szukać dowodów na to, że jestem zakompleksioną, zdesperowaną babą i nic z tej relacji nie będzie. Wszystko mogło potoczyć się inaczej, gdyby chciało ci się z mną współpracować. Bo ja naprawdę nie mogłam się starać bardziej niż się starałam. Międliłam w głowie dobre wspomnienia, żeby mieć dość entuzjazmu by zabiegać o twoją uwagę, kiedy zacząłeś się wycofywać. To śmieszne, że zwalasz na mnie winę za wszystkie nieporozumienia, kiedy nie zrobiłeś nic a nic żebyśmy znaleźli wspólny język. Przysięgam, że istnieje alternatywna wersja wydarzeń, w której nadal jesteśmy w sobie zakochani, a różnica jest taka, że w tej wersji zdarza ci się czasem otworzyć gębę i powiedzieć co ci chodzi po głowie. Więc myślę, że w dobrym guście byłoby gdybyś przestał wreszcie upierać się, że to ja wszystko spierdoliłam i mówić mi co powinnam była zrobić inaczej. To wszystko co mam ci do powiedzenia. Odbiorę swoje rzeczy dopiero wtedy, kiedy będę pewna, że nie rozryczę się na twój widok.”

Uderzam “enter” nadal wierząc, że ugram coś szczerością. Jeśli dam mu do zrozumienia, że jestem w emocjach, to może pójdzie mi na rękę, bo co mu szkodzi? Koniec końców nie zrobiłam mu żadnej krzywdy, żeby w rewanżu musiał robić mi na złość.

“Masz czas do piątku.”

Wzdycham.

“Spróbuję. Jeśli nie będę w stanie przyjechać sama, poproszę kogoś bliskiego żeby zrobił to za mnie.”

“Nie życzę sobie, żeby ktoś obcy przychodził do mojego mieszkania.”

To śmieszne, ale raz w życiu z powodzeniem skupiłam się na własnych uczuciach i potrzebach, więc dopiero teraz, z absurdalnym opóźnieniem, dociera do mnie jak bardzo jest wściekły. W pierwszej chwili nie mogę tego rozgryźć – przecież formalnie wymeldował się z naszej relacji już dobre dwa tygodnie temu, więc z góry założyłam, że jego emocjonalne zaangażowanie w tę rozmowę jest minimalne. Ale jeśli całe to bagno w ogóle go nie rusza, to dlaczego zarwał noc żeby uprawiać ze mną ten agresywny, ale bezproduktywny słowny ping pong? Jeszcze raz czytam jego wiadomości w poszukiwaniu intencji i dochodzę do wniosku, że najwyraźniej chce mnie ukarać. Ale za co? Przecież to ja wpadłam w tornado jego nastrojów, a on do wczoraj dostawał ode mnie jeden spójny komunikat o treści “chcę, żeby nam wyszło”. Jedyne logiczne wyjaśnienie jest takie: chociaż od kilku tygodni szastał słowem “koniec”, zupełnie nie był na niego przygotowany. To przecież pierwsza oznaka, że tkwisz w toksynie  – rozstań jest wiele, ale żadne nie jest ostateczne. Przypominam sobie jak podśmiewał się z mojego skołowania i co rusz zmieniał narrację z “nic z nas nie będzie, temat zamknięty” na “wyluzuj, przecież nie zniknę tak po prostu z twojego życia”. Nawet wczoraj ja miałam poczucie, że nastała apokalipsa, z której nie ma powrotu, a on odpowiedział na moje “nie ma mowy żebyśmy się dogadali” kuriozalnym “nie dzisiaj”, tak jakby przewidywał, że będzie jeszcze jakieś jutro. Być może, gdybym wtedy wskoczyła w to metro, którego nie było i odczekała dwa dni, znowu zacząłby wysyłać mi nekrologi jakichś niszowych zimbabweńskich literatów, a potem artykuły o depresji wśród hinduskich mężczyzn, a potem romantyczne anime, aż w końcu wyciągnąłby mnie na gorącą czekoladę i cała ta farsa rozpoczęłaby się od początku. Problem w tym, że ja, w nietypowym dla siebie posunięciu, postanowiłam nie czekać na to, co wydarzy się za parę dni. Bez wahania wyrzuciłam go ze znajomych i skierowałam nas na dziewicze tereny rozmów o odbieraniu rzeczy, pozbawiając go tym samym kontroli nad rozwojem wypadków. On odrzucił mnie sto razy, ale to ja przecinam teraz ostatnią nić kontaktu. Nic dziwnego, że chce mi dosrać póki może.

Biorę głęboki oddech i odpisuję:

“Gdyby ta sytuacja nie dotyczyła mnie osobiście, z fascynacją obserwowałabym jak z minuty na minutę zmieniasz się ze spoko typa w najgorszego dupka. Z twoich reakcji można by wywnioskować, że usunęłam twoje dziecko i skopałam ci dupę i podpaliłam chałupę. Prawdę mówiąc, trochę mnie przerażają te mściwe wibry, które emitujesz. Więc żarty żartami, ale byłabym wdzięczna gdybyś mimo wszystko dotachał moje rzeczy do portierni swojego budynku, bo na tym etapie na serio boję się widzieć się z tobą sam na sam.”

“To przyjedź z policją”.

O, świetnie! Bawimy się teraz w pato-żarty! W ramach odpowiadania na nurtujące mnie samą pytanie “jak to się stało, że się znalazłam w tym miejscu z takim zwyrolem?” przypominam, że rozmawiam teraz z tym samym mężczyzną, który zaledwie przed miesiącem wyznał mi, że ma “zbyt wysoką skłonność do autorefleksji, żeby móc świadomie kogoś skrzywdzić”. Wydawałoby się, że żyjemy w epoce, w której ludzie wiedzą o sobie rzeczy i niemożliwy jest aż taki rozstrzał pomiędzy poziomem deklaratywnym, a stanem faktycznym. Okazuje się jednak, że od października mam do czynienia z wilkiem w owczej skórze i to takim święcie przekonanym, że na serio jest owcą. Dlaczego mnie to spotyka? Zamykam na chwilę oczy, a zaraz potem z cierpliwością, o którą nigdy bym się nie podejrzewała wyjaśniam mu dlaczego to nie jest śmieszne. Jeszcze raz podkreślam, że nie zrobiłam mu nic oprócz “irytowania go swoją energią”, więc naprawdę nie musimy kończyć tej znajomości tak, jakby jedno drugiemu złamało życie ani przeciągać rozstania w nieskończoność. Pytam też wprost dlaczego upiera się przy spotykaniu się ze mną osobiście i to w swoim mieszkaniu. Czy chce coś jeszcze ugrać czy po prostu mnie upokorzyć? Odpowiada:

“Moją jedyną intencją jest otworzyć drzwi i podać ci torbę”

“I koniecznie musisz to zrobić w okolicznościach, które będą dla mnie najtrudniejsze emocjonalnie i logistycznie?”

Milknie na dwadzieścia minut, a ja czuję, że wyczerpują mi się pozornie niewyczerpane pokłady “na pewno jakoś się dogadamy” i nie pozostaje mi nic innego jak przełączyć się na tryb: “wiesz co? może, na przykład, wal się?”. Nie czekając na odpowiedź, zmieniam strategię i ton:  

“Wiesz co? Powiem ci co się stanie. Pozbierasz moje graty do jednego wora i wepchniesz go na dno szafy, bo nic cię to nie kosztuje. Przyjadę dopiero jak będę gotowa i ani dnia wcześniej”

Tym razem odpowiedź przychodzi po kilku sekundach:

“W piątek wieczorem wszystko wyląduje w śmieciach”.

OK, rozumiem. Można to było załatwić w bezbolesny sposób, ale nic na to nie poradzę, że typ nie ma za grosz empatii, a klasy jeszcze mniej. Daję za wygraną, ale tak, żeby wiedział, że moja dobra wola się skończyła. Następnym razem jak wpadniemy na siebie w Planie B, ma piętnaście sekund na skierowanie się do wyjścia. Ja się nigdzie nie ruszam, bo opierałam się o ten parszywy bar w czasach, kiedy on nie umiał jeszcze wskazać Polski na mapie. Więc jeśli nie potrafi zachowywać się w cywilizowany sposób, to wypad z mojego terenu. Niech idzie pić drinki z palemką ze studentami z wymiany. Plan B, ze swoją meliniarską aurą i playlistą złożoną z The Clash i Andrzeja Zauchy, i tak nigdy nie był jego środowiskiem naturalnym. Niech pastuje buty i spieprza swoim karaibskim krokiem prosto na Mazowiecką, pozować na ściance.

Nie zamierzam czekać z odbiorem rzeczy do piątku. Chcę pojechać tam jak najszybciej, zanim cała ta wściekłość się ze mnie ulotni. Ale trasa Głębokie Kabaty – Głęboka Wola – Głębokie Kabaty zajmuje dłużej niż lot do Londynu – dwie godziny mam z głowy, nawet jeśli nasza interakcja potrwa trzydzieści sekund. Dopiero następnego dnia po pracy (w której przez osiem godzin wgapiam się w arkusz kalkulacyjny zaszklonymi oczami) udaje mi się wyszarpać ten czas z napiętego życiowego grafiku. Piszę mu wiadomość: “wychodzę o czwartej, więc będę po piątej”. Trochę mam nadzieję, że napisze mi coś okropnego, a ja znowu się odpalę i złość doda mi werwy. Niestety tym razem poprzestaje na “OK”. Odpisuję: “Chcę tylko prezenty, ciuchy i bibeloty. Kosmetyki wywal, proszę –  tak jak zamierzałeś.” Chwytam po drodze czarną kawę z Relaksu i próbuję zebrać myśli. Tak jak się spodziewałam, zdążyłam się już zresetować. Moja głowa już dawno przestała płonąć. Zniknęło mrowienie w policzkach, teraz czuję tylko znajomy ciężar w płucach – żal. Zastanawiam się co zrobić. Umiejętność wkurwiania się na osoby, które (wciąż) są bliskie to moja nowo-odkryta supermoc, którą nie umiem jeszcze sterować. Wiem jednak, że po dwóch dniach bezskutecznego proszenia go, żeby się zlitował, nie mogę mu dać satysfakcji oglądania mnie w rozsypce. Jeśli mam tam jechać smutna, nie mogę jechać wcale. Tylko gniew mnie uratuje.

Easier said than done. Na sam widok dziesiątki sunącej po szynach chce mi się ryczeć, a lepiej nie będzie. Uświadamiam sobie, że jeśli mam się rozgniewać, to muszę to uczucie w sobie wyhodować, bo organicznie nie zadzieje się nic oprócz łez. Siadam przy oknie, włączam Bad Blood i słucham w zapętleniu, przeklikując się przez najgorsze z tych dziesięciu tysięcy wiadomości, które wymieniliśmy. W okolicy Ronda Daszyńskiego przełączam się na Lemonade i próbuję zarazić się trochę tą imponującą furią, która wybrzmiewa w głosie Beyoncé. Idzie nieźle, do momentu kiedy muszę wysiąść z tramwaju. Nie pamiętam kiedy ostatnio pokonywanie półkilometrowego odcinka miejskiej szarzyzny sprawiło mi taką trudność. Pomyśleć, że trzy miesiące temu tego kolesia nie było w moim życiu, a teraz każda płytka chodnikowa przynosi jakieś związane z nim wspomnienie. Maszeruję bez przekonania i łykam zimne powietrze. Tutaj dał mi spontanicznego buziaka w policzek. Tutaj zrobił mi masaż rąk kiedy autobus 150 ociągał się z przyjazdem. O ten krawężnik potknęłam się wtedy pierwszej nocy. Dlaczego dałam się na to namówić, przecież nie dam rady. Królowa Bey krzyczy “just give my fat ass a big kiss, boy! Tonight I’m fucking up all your shit boy!”, a moja głowa krzyczy “nie rycz, błagam, nie rycz!”. Wszystko na darmo – już szklą mi się oczy. Staję przed domofonem i biorę głęboki oddech, żeby trochę się opanować. To będzie militarna operacja. Guzik. Drzwi. Patio. Drzwi. Piąte piętro. Drzwi. Torba. Odwrót. Wstukuję numer mieszkania. Odbiera i pyta kto to. Nie wiem czemu, ale wyprowadza mnie to z równowagi. Jak na lowkey socjopatę przystało, po dwóch latach w Polsce ma tylko kumpli od piwa, więc nie wiem kogo się spodziewa – mamy, która postanowiła spontanicznie wjechać mu na chatę międzykontynentalnym ślizgiem? Nie udaje mi się wycharczeć nic poza bezsensownym “to ja”. Nie moja wina – otwieranie gęby nie było częścią umowy i zupełnie nie byłam na to przygotowana. Biorę kolejny głęboki oddech i wchodzę do środka. Nigdy wcześniej nie byłam tu w przykrych okolicznościach. Nie pierwszy raz trzęsie mi się ręka przy wybieraniu piątego piętra, ale pierwszy raz ze strachu, a nie ekscytacji. Z lewego ucha wyjmuję słuchawkę (minimum dobrych manier), ale w prawym pozostawiam kibicującą mi Beyoncé. Wychodząc z windy patrzę głównie w podłogę. Dzwonię, czekam aż mi otworzy (dobre pół minuty, co z popisówa!), podnoszę wzrok, puszczam mu jedno wściekłe, pogardliwe spojrzenie (tym razem ja! HA!), zdecydowanym gestem wyrywam mu torbę i robię w tył zwrot. Przez te pół sekundy kontaktu wzrokowego wyczytuję z jego twarzy smutek i ciekawość (zapewne tego, jak się zachowam), a może nawet odrobinę skruchy? Nie mam czasu się nad tym zastanawiać. Tego sztucznego gniewu starcza mi akurat na odwrót do windy, która szczęśliwie nie zdążyła jeszcze odjechać. Włażę do środka, rzucam okiem na torbę i gdy czuję, że drzwi już prawie się zasunęły, wybucham histerycznym, niekontrolowanym szlochem. Resztką poczucia godności zwalczam impuls osunięcia się po ścianie na podłogę jak Glenn Close pod prysznicem. Mam nadzieję, że umknął mu ten mój meltdown, ale znając jego upiorne usposobienie, obserwował mnie przez wizjer. Trudno. Myślę, że w ogóle bym się nie posypała, gdyby nie ta przeklęta torba, a raczej jej zawartość. Odbierając ją, odruchowo zerknęłam do jej wnętrza, a moim oczom ukazały się schludnie zaaranżowane opakowania kosmetyków. Rzecz w tym, że w większości prawie puste. Żelu do mycia twarzy jest tyle, że nie wyszorowałabym nim nawet jednej czwartej policzka. Na szamponie chyba musiałabym usiąść, żeby coś z niego wycisnąć. Co za dupek. Wedle jego absurdalnego życzenia pofatygowałam się w najbardziej dystopijny, industrialno-sypialniany zakątek Woli, przez całą drogę powstrzymując łzy i katując się zadziornymi piosenkami Taylor Swift, której nie znoszę, a on nie był w stanie nawet kurtuazyjnie wywalić tych pustych buteleczek, choć go prosiłam. To tak jakby mówił: “spierdalaj, ale zgarnij jeszcze przy okazji śmieci, OK?” Gdybym była taką świruską, za jaką mnie uważa, wsmarowałabym mu wszystkie te smutne resztki w drzwi mieszkania. Ale na szczęście jestem już na dole i zamykam za sobą furtkę, czując głęboko w ciele że już tu nie wrócę. Znowu biorę głęboki oddech, ale dopiero teraz powietrze rzeczywiście dociera do moich płuc. Już nie muszę się gniewać, wreszcie mogę czuć to co czuję, a tak się składa, że czuję dziwną lekkość. Sunę zaśnieżonym chodnikiem z uśmiechem, beztrosko wymachując odzyskanym bagażem. Wpieprzam to co było szamponem i żelem do pierwszego lepszego śmietnika, a potem piszę wiadomość o treści “pizza i serial?” i wysyłam ją do Piotrka. Oddzwania z pozytywną odpowiedzią i pytaniem jak się czuję. “Dobrze” – odpowiadam. “Tak jakoś dziwnie dobrze”.

–––––––––––––––––––––– epilog

Wpadamy na siebie niecałe trzy tygodnie później. Oczywiście w Planie B – tak jak przewidziałam. Siedzę z Olunią przy stoliku i kątem oka dostrzegam go u szczytu schodów. Muszę przerwać Oli w połowie zdania, bo wszystkie zmysły mi zastrajkowały i ledwo ją widzę, nie mówiąc o słyszeniu. Jest sam. Zamawia ciemne piwo i zaczyna się rozglądać. Kiedy mnie dostrzega, w panice spuszcza wzrok i rozpaczliwym gestem wyławia z kieszeni telefon. Wzdycham. Wiem, że przyrzekłam sobie wysłać go wzrokiem w najgłębszy krąg piekła (czyli do Organzy), ale to było tamtego pamiętnego dnia, kiedy cudem udało mi się zezłościć na pięć minut. Teraz jestem opanowana i rozczula mnie jego wyraźny dyskomfort, więc zamiast odwalać dziecinadę, idę się po ludzku przywitać.

– Cześć, dobrze cię widzieć.

– Ciebie też – mamrocze do telefonu.

– Jak się miewasz?

– W porządku. A Ty? – nadal do telefonu.

– Też nieźle.

Po odbębnieniu tej rozmowy jak z podręcznika do nauki języka dla początkujących, uświadamiam sobie, że to w zasadzie wszystko co mam mu do powiedzenia. Zwłaszcza jeśli mam gadać z jego czołem, bo nos wbił w ekran smartfona. – Alright, so I guess I’ll see you! – rzucam lekko, po czym wymijam go i ustawiam się w kolejce po whisky. Trochę żałuję, że zagadałam, bo chyba nie miał ochoty na interakcję. Następna godzina pokazuje jednak, że to nie do końca prawda, bo przechodzi obok mojego stolika jakąś ponadprzeciętną ilość razy. Kiedy łapię jego wzrok, robi nerwowe, głupkowate miny jak postać z komedii Judda Apatowa. Ale kiedy nie patrzę, spogląda na mnie “jak zraniony piesek” – przynajmniej tak twierdzi Ola. Uspokaja mnie trochę, że nie uruchomił się w nas ten gimnazjalny odruch demonstrowania jak bosko się mamy. On nie uderza do żadnych kobiet, nie kładzie dłoni na niczyim biodrze. Ja nie śmieję się perliście i nie wysyłam powietrznych buziaczków do didżeja, kiedy gra mój ulubiony numer. Żadne z nas nie ukrywa, że jesteśmy w podskórnej żałobie, więc dajemy sobie przestrzeń i nie robimy sobie już więcej krzywdy. Koegzystujemy.

Przyzwyczajam się do jego obecności na tyle, że mogę w miarę normalnie rozmawiać, ale nie wiem co zrobić z całą tą tłumioną energią, więc ostatecznie zrywam się, żeby potańczyć. Skaczemy sobie z Olunią do Black Keys kiedy zauważam jak przeciska się przez tłum, opiera się o słup kilka metrów od nas i zawiesza na mnie wzrok. Jest w jego spojrzeniu jakaś prowokacja, którą jestem w stanie wytrzymać na tyle długo, żeby dośpiewać upiornie adekwatne “Lonely Boy” do końca. Mam wrażenie, że przez całe trzy minuty i piętnaście sekund nie mrugnął ani razu. Gapi się, gapi i gapi, co chwila przystawiając do ust butelkę portera. Nie mogę już tego wytrzymać, więc wracam do stolika. Kiedy po kwadransie wstaję, żeby iść do kibla, nadal stoi w tym samym miejscu. Plan B zdążył już wypełnić się po brzegi, ale on znów łapie mój wzrok, chociaż dzieli nas tuzin skotłowanych ciał. Śmieszne, że kiedy byłam w nim zakochana, ani razu nie spojrzał mi w oczy w ten sposób. Robi mi się niedobrze od tego napięcia i gdybym miała teraz pójść za głosem serca, podeszłabym do niego, położyła mu rękę na policzku i zaniosła się płaczem, bo przecież nadal czuję do niego siedemset różnych rzeczy. Ale tak się akurat składa, że tym razem idę za głosem pęcherza. Kiedy mamy się już na wyciągnięcie ręki, puszczam jego spojrzenie i skręcam w kierunku schodów, a on wydaje z siebie przedziwny głuchy jęk i z impetem uderza pięścią o słup.

To cud, że w ogóle docieram na dół. Dopiero w kiblu mam odwagę wypuścić powietrze z płuc. W drodze powrotnej mijam go znowu. Nigdy nie widziałam go tak smutnego. Nigdy nie widziałam nikogo tak smutnego. “Muszę z nim porozmawiać albo wyjść stąd zanim pęknie mi serce” – mówię do Oli, wdrapując się mozolnie na wysoki stołek. “Chodźmy stąd” – odpowiada natychmiast Ola – “nic się między wami nie zmieniło przez te ostatnie tygodnie, więc rozgrzebując to od nowa wrócicie tam, gdzie skończyliście”. Nie mam kontrargumentu. Zakładam płaszcz i kieruję się ponownie w stronę schodów. Patrzę mu w oczy jeszcze raz i oprócz smutku dostrzegam w nich podobne zdezorientowanie, które czułam w Święta. Otwieram usta, żeby jakoś się wytłumaczyć, ale wtedy przypominam sobie to pogardliwe spojrzenie, którym pożegnał mnie na chodniku na Nowowiejskiej i poprzestaję na ledwo dostrzegalnym skinieniu. Odprowadza mnie wzrokiem do samych drzwi. Nigdy więcej się już nie zobaczymy.

 

Advertisements

22 thoughts on “chłopak z innego świata, część ostatnia

  1. Brawo! Już myślałem, że się nie uwolni! Ale jednak udało mu się, uff, co za ulga, dobrze że się chłopaczyna wymiksował z tego chorego układu o.O

    Lubię to

  2. Przygody warszawskiego millenialsa dobiegajacego trzydziestki z silnym nałogiem kochania i wege-rownosciowa-feministyczna obsesją. Głęboko przekonana o własnej wartości intelektualnej. Kobieta wyzwolona. Czekam na nowy cykl. Dwumiesieczny ‚romans’ rozpisany na szesnaście porywajacych części. Chłopak z Florydy, Nowej Gwinei, RPA lub Kamczatki. Londyński akcent, twardy brzuch. Długie godziny rozmów o feministycznej literaturze afrykańskich pisarek i niezależnym kinem amerykańskim. A to wszystko nad wege mielonym i matcha tea latte oraz nad piwem w Planie B, bo przecież tam się poznaliscie. Coraz mniej jawy, coraz więcej alkoholi i projekcji. Typ raczej prędzej niż szybciej okazuje się nalogowym unikajacym bliskości, bo tylko taki kręci nalogowca kochania, choć nalogowiec kochania będzie tupal nozka i się upierał, że to wszystko patriarchat. Taki mi się trafił, co poczne, że żaden mężczyzna ze zdrowym wzorem przywiązania ucieknie ode mnie po pierwszej randce. Patriarchat, to wszystko przez to, że mam nadwagę. Typ unikajacy bliskości też długo nie wytrzyma, gdy odkryje, że jego leki i zaburzenia to w porownaniu do Twoich nic. I żaden biedaintelektualizm i jedrny biust go nie zatrzyma.
    Pani od głowy zamecza swojego superwajzora, bo już sama zaczyna chorować. Potem to już tylko stalkowanie obiektu westchnień na fb i tony grafomanskiej Rupi Kaur. Smutne żale na insta i bezwstydna nienawiść do mężczyzn, podczas gdy skrawek mizoginii wywołuje bezwstydne oburzenie. A to wszystko pod aprobatą i błogosławieństwem koleżanek.
    Powinni te teksty dawać do czytania socjologom psychologom i wszelkim osobom, którym się wydaje, że ich życie uczuciowe to dramat.
    Poproszę o więcej.
    Slaaaaay Queen!

    Lubię to

    • Niedobra ty! Zapomniałaś o gęstym sosie z redukcji popkulturowych bulionów z kawałków filmów z silną postacią kobiecą i piosenek Bijonse na jedno ucho.

      Lubię to

      • Ej, serio chciałam słówko o Queen Beyonce wtrącić, ale już się pogubilam w tej mieszance. Jednak co ja będę bez sensu wymieniać składniki tego smutnego amalgamatu, skoro czytelnicy sami widzą, jak jest. Przynajmniej większość. Coraz więcej.

        Lubię to

    • GR załóż bloga ;)
      Że zacytuję „To śmieszne, ale raz w życiu z powodzeniem skupiłam się na własnych uczuciach i potrzebach” jak przeczytałam to zdanie to zaczęłam się zastanawiać, że to może naprawdę komedia/parodia? Mnie w każdym razie bardzo rozbawiło :)
      Miała być Lena Dunham, wyszła Ally McBeal w szczytowej formie. It’s my party and I cry if I want to, cry if I want to :)

      Lubię to

      • Haha, Olaszka zrobila komentarze tylko dla zalogowanych :)
        Dzięki, bloga chcę założyć od dawna, ale nie mogę się zabrać. Tego typu treści nie planuję, ale mam ogromną słabość do pastiszu, więc może stworze jakiś oddzielny blog? Pastisz na wzór powieści lotrzykowskiej, Warszawusia ad 2017, Olaszka jako główna inspiracja.
        Choć jak napisałaś/eś już same wpisy Olaszki to niezła komedia, ciężko by mi było to przebić, bo nie umiem myśleć aż tak pokretnie jak ona.
        Naszła mnie w sumie jeszcze jedna refleksja dotycząca tej historii. Mianowicie zawsze osoby z zaburzeniami unikania bliskości są mieszane z błotem, a zwłaszcza mężczyźni. Oczywiście ten typ z innego świata to od początku była przegrana sprawa, ale zdarza się, ze osoby z lękiem bliskości naprawdę kochają i same cierpią z powodu swoich lęków i zachowań, bo są ich świadome. Piszę o sobie, ja z lękiem bliskości, mój narzeczony z nałogiem kochania. Oczywiście wszystko w dużo lzejszej formie niż w historii Olaszki, ale wciąż dokuczliwe. Udało nam się, choć oczywiście zgrzytow nie brakowało. Znam też parę z 13letnim stażem, zbudowaną na podobnym schemacie. Ale do tego trzeba ogromnej samoświadomości i realnej oceny sytuacji, w szczególności uczuć drugiej osoby, a tego Olaszce brakuje.
        W czasie czytania tej historii miałam ochotę wziąć czerwony marker i wszelkie domysły Olaszki na temat myślenia tego typa podkreślić z dopiskiem ‚bzdura’. I najgorsze jest to, że Olaszka wygłasza swoje sądy tonem znawcy i nawet nie da sobie powiedzieć, że projektuje, a typa oskarża o to co trzy zdania.
        Osoby unikajace bliskości nie mają swojego głosu. Są zimnymi skurwysynami lub sukami, którym nie zależy i nie potrafią się przebić przez swoje lęki. Tak jakby Olaszka się przez swoje kiedykolwiek przebiła, haha. Za to nalogowcy kochania to te jasne charaktery. No przecież tak się stara dziewczyna. Robi ‚wszystko’ by ratować sytuację, a to wszystko to ciągłe zachęcanie do spotkania i bliskości. Tak się stara, tak myśli dużo, często też poświęca, ech. Dusi coraz mocniej. Zawsze nalogowiec kochania funkcjonuje w zbiorowej świadomości jako ofiara, choć po komentarzach na blogu widzę, że to na szczęście się zmienia.
        Trochę się rozpisalam, bo temat dotyczy poniekąd mnie osobiście, choć i tak opisałam sytuację bardzo pobieżnie. Już nie mogę znieść bredzenia o tym całym patriarchacie, jako przyczynie całego zła, a tym bardziej znieść bredzenia Olaszki o związkach damsko-męskich. Według mnie ona w tym momencie nie ma szans na jakikolwiek związek, lepszy lub gorszy. Zamecza siebie i mężczyzn. Tylko oczekuje zaspokojenia swoich potrzeb, a potrzeby drugiej osoby ma w dupie. Oczywiście prawdziwe potrzeby tej drugiej osoby, a nie te, które sobie uroila.
        No i to wszystko w połączeniu z jaskrawym przykładem millenialsa i innymi przesmiesznymi i groteskowymi cechami Olaszki daje nam historie, jak ta właśnie zakończona. Oraz niezaburzona pewność, że będzie ich dużo więcej.

        Lubię to

        • wybacz, nie dałam rady przeczytać tego komentarza, bo trochę się przestraszyłam, więc rozmazywały mi się literki. to, co ze mną zostało to twój poziom obsesji – to, że piszesz te kilometrowe wywody i to, że w pięć minut po zablokowaniu przeze mnie anonimowych komentarzy już o tym wiedziałaś. no, i wreszcie to, że SPECJALNIE założyłaś bloga, żeby dalej napierdalać.

          rozumiem, że stanowimy zupełnie inny typ osobowości i że emocjonalnie reagujesz na to co piszę, bo zupełnie inaczej postrzegamy rzeczywistość, ale „antybloga” na którym ktoś fotoszopował moją głowę do zdjęć otyłych nagich typów wpierdalających KFC i pisał „parodystyczne” teksty, podkreślając na każdym kroku, że mija mnie codziennie na uczelni więc wie, że tak naprawdę jestem tępa zaliczyłam w wieku 19 lat, więc serio, dziewczyno, jog on to better things bo NICZYM mnie już nie zaskoczysz.

          p.s. na szczęście po 10 latach pisania bloga już wiem, w którym miejscu kończy się zdrowe zaangażowanie w krytykę mojej osoby, więc wiedz tylko, że zbieram screeny twoich komentarzy i wysyłam w paczkach razem z Twoim adresem IP i adresem mailowym do osób, które są o wiele bardziej kompetentne w temacie niż ja.

          miłego blogowania! mam nadzieję, że znajdziesz ciekawszy punkt wyjścia do pisania niż moja groteskowa osoba.

          Polubione przez 1 osoba

          • Będę dalej ‚napierdalac’ te kilometrowe wywody, bo lubię w miarę obrazowo przedstawić swój punkt widzenia. Zbieżność mojego komentarza i Twojego momentu blokowania anonimow jest przypadkowa, wróciłam do domu o 17. Założenie pustego bloga trwało pięć minut, krócej niż pisanie komentarza i tak, zrobiłam to specjalnie, bo chciałam odpowiedzieć na komentarz do mojego komentarza uff.
            Możesz jak najbardziej przesyłać paczki z moim IP i treścią komentarzy do kogo chcesz. Nie robię nic złego.
            Źle odczytalas moje intencje. Napisałam o założeniu bloga-pastiszu. Rodzaju satyry. Bylabys jedną z inspiracji, bo bardzo dokładnie opisujesz swoje życie w necie. Jednak moim zdaniem dobry pastisz to taki, w którym bohater jest sumą wielu osób, jakiejś ogólnej tendencji, przejaskrawionej. Dlaczego miałabym pisać o tobie konkretnie? Dlaczego miałabym kpic z Twojego wyglądu? Wygląd ma tu akurat najmniejsze znaczenie.
            Kobiet takich jak Ty w Warszawie są grube tysiące. Znak epoki. O tym byłby mój paraliteracki blog. O was. Bohater zbiorowy zmieniony w jednego protagoniste.
            Oczywiście blog i tak nie powstanie, bo jestem leniwa dupą. I napiszę jeszcze, bo nie mogę się powstrzymać: naprawdę nie wszystko kręci się wokół Ciebie. Ani moja domniemana obsesja, ani mój nieistniejący blog.

            Lubię to

            • słodki jezu, dlaczego myślisz, że chcę wiedzieć o czym będzie twój blog? AHHAHA nie wierzę że przez dziesięć lat się nie nauczyłam, że tacy ludzie jak Ty po prostu potrzebują uwagi.

              pisz, kochana, pisz – cały internet twój

              Polubione przez 1 osoba

              • Myślę, że chcesz wiedzieć o czym byłby mój blog,bo zareagowalas bardzo emocjonalną obawą na moje fantazje o jego założeniu. Chciałam Cię uspokoić, że nie będzie o tobie i nie byłoby na nim treści, które pozwoliłyby Cię zidentyfikować. Straciłby przez to cały urok. Tyle.

                Jak każdy człowiek potrzebuję uwagi, ale niekoniecznie Twojej. Nie prosiłam Cię o odpowiedzi na moje komentarze.

                Lubię to

        • a i jeszcze jedno: przeskanowałam ten twój komentarz i widzę tam kilka ciekawych spostrzeżeń – szkoda, że nie przyszło Ci do głowy od początku napisać „ja mam podobny typ osobowości co ten chłopak i wydaje mi się, że źle interpretujesz jego zachowanie” – to mógł być świetny punkt wyjścia do normalnej dyskusji

          Lubię to

  3. Hej Olaszka, reakcje tego chłopaka bardzo się proszą o łatkę tzw. gaslighting, nie pamiętam czy to Rebecca Solnit o tym pisała w „Men explain things to me” czy kto inna, ale sprawdź sobie :) Solnit też warto obserwować na FB z wielu powodów, m.in. aby poobserwować jak sobie radzi z trollami. Pewnie ją już czytałaś, ale jeśli nie, to dużo radości przed tobą xx

    Lubię to

    • Wiadomo! Ostatnio nawet robiłyśmy research pod kątem (przygotowywanych) przekładów RS, żeby móc ją przeczytać na naszym klubie książki, gdzie nie wszystkie członkinie dają radę czytać po angielsku, ale niestety nie zapowiada się.
      Co do gaslightingu, to jestem fanką tego pojęcia i pokrewnego pojęcia chill culture 😊 (https://www.instagram.com/p/BTRxI-NlDPH/) Jaram się, że upowszechniają!

      Lubię to

skomentuj!

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s