Latest Entries
british soil / olaszkocentrycznie / z dala od domu

tym razem o szczęściu ostatnich trzech tygodni (pisane na kolanie)

dzień wolny! oczy zachodzą mi łzami na myśl o tym, że to dziś. wreszcie, po trzech tygodniach nieprzerwanej, często morderczej jak na europejskie standardy pracy, mogę na cały dzień pogrążyć się w dolce far niente. nie muszę zupełnie nic, więc oczywiście jadę do londynu. by leżeć na trawie z książką, jeść pyszne jedzenie, pić pyszną kawę, oddawać … Czytaj dalej

british soil / jest problem / pracocha

„wiem, że miałaś mieć dzień wolny, ale bez ciebie nie damy rady”

siedzę i umieram. nie chcę krzyczeć, chcę być zen. nie mogę być zen, bo umieram z frustry, więc trochę ponarzekam, żeby się oczyścić i  jeszcze sobie pożyć. sprawy mają się następująco: dwudziestego siódmego czerwca wróciłam do anglii. dwudziestego ósmego czerwca o poranku wpadłam w bagno nigdy niekończącej się pracy. kiedy wszyscy inni mieli szkolenie, ja … Czytaj dalej

british soil / olaszkocentrycznie / z dala od domu

pocztówka z angielskiego zadupia

kochany świecie, żyję na pełnych obrotach, nie umarłam, mam się wyśmienicie. pracuję stale, śpię tylko niezbędne minimum. pogoda dobra, jedzenie głównie rzygogenne. przesyłam gorące pozdrowienia ze słonecznego angielskiego zadupia, olaszka   p.s. napiszę więcej, jak będę mieć dzień wolny, na razie nie miewam p.p.s. jest super!   Czytaj dalej

jest problem / olaszkocentrycznie

moje ciało nadal pała do mnie nienawiścią. okazuje się, że coraz bardziej

cześć świecie, piszę do ciebie nie ze szpitala, tylko z kawiarni na powiślu. a mało brakowało! zgodnie z podstawową zasadą mojego życia, czyli „jeśli zostały mi trzy dni do długiego, intensywnego pobytu w anglii, to wychodzą mi skandalicznie złe wyniki badań”, prawie mnie dziś nie wypuścili z izby przyjęć na karowej. plany na lato mam … Czytaj dalej

koloryt lokalny / olaszkocentrycznie

pięćset metrów kolorytu lokalnego

ten krótki odcinek nowowiejskiej między stacją metra politechnika, a placem zbawiciela pokonuję kilka razy w tygodniu. bo na kawę do ministerstwa, bo do luny na film za osiem złotych, bo do tuk tuka na tajskie…  to miejsce, samo serce warszawy, figuruje w mojej świadomości jako pięćset metrów kolorytu lokalnego. nie tylko przez wiecznie trawioną płomieniami … Czytaj dalej

koloryt lokalny

warszawskie kawiarnie kontra kawiarnie na wyspach

warszawska (a być może w ogóle polska, ale nie wiem, bo rzadko bywam w innych miastach) kawiarnia to rodzaj instytucji, którego próżno szukać gdziekolwiek indziej na świecie. wielokrotnie już wspominałam, że cudowność warszawskich kawiarni, a raczej brak tej cudowności najbardziej doskwiera mi na angielskiej ziemi, w pewnych kręgach znanej również jako kawiarniany wasteland. jako prawdziwe zwierzę kawiarniane, … Czytaj dalej